Na przekór otoczeniu

AUTOR: prestiz
Budowa prostego wiejskiego domu była wyzwaniem zarówno dla jego gospodarzy jak i architektów. Szachulcowy dom w Gąskach

To dom z wyjątkowa atmosferą. Zawsze otwarty dla zbłąkanych podróżnych, pielgrzymów ze świata. W piecu płonie ogień. Na starym mosiężnym łóżku pod gipsową „Bozią” ktoś z domowników oddaje się lekturze albo cieszy oczy widokiem trzaskających płomieni. Pachnie ciepłem i świeżym chlebem.

Aneta i Artur Szymczakowie, humaniści i miłośnicy kultury marzyli o prostym domu nad morzem. Na co dzień pracują w Koszalinie, chcą, żeby mówić o nich „rodzice wspaniałych synów Janka studenta urbanistyki, którego pasją jest fotografia – to on jest autorem tych zdjęć – i Piotrka 6 klasisty żyjącego koszykówką”.

Długo szukali architektów, którzy podejmą wyzwanie i zaprojektują im w Gąskach dom, jakiego chcieli. Na początku wokół było pustkowie, tylko wydmy i plaża. Teraz zaroiło się od domów. Niestety, ich charakter nie ma wiele wspólnego z nadmorskim pejzażem. To bloki z kutymi balustradami, które mogłyby stanąć gdziekolwiek – w Tczewie, Zabrzu, Lublinie. Tym bardziej cieszy widok tego skromnego wiejskiego domu.

Prosta bryła nakryta dwuspadowym dachem z elementami szachulca w elewacji przypomina jedną z chałup, które wcześniej zaludniały tę przestrzeń, chociaż strzechę zastąpiła dachówka, a przed domem zamiast wozu z sianem stoi ford.

Kilka kamiennych stopni i niewielki ganek wprowadzają nas do wnętrza.

Szmaciany chodnik i stara, skrzypiąca, szafa już od sieni zdradzają klimat domu.

Obok drewniany słup wyznacza środek przestrzeni. Dla podkreślenia ciężaru słup posadowiony jest (wzorem budownictwa kaszubskiego) na kamieniu – jakby przytaszczonym z pola. W głębi miękko rozkłada się lniana kanapa pod oknami z widokiem na ogród, chaszcze i latarnię. Jej widok zawsze mnie uspokaja. Rytmicznie pulsujące światło i to przeświadczenie o tym, że Ktoś stale czuwa.

To nie przypadek, że Aneta i Artur wybudowali swój dom właśnie tutaj...

Gdy szkielet budynku był na ukończeniu, gospodarze z olbrzymim zapałem przystąpili do pracy nad wnętrzami – tchnęli w nie życie pełne prostoty, doskonale wyważone. Niemal skandynawsko purystyczne detale, siermiężne, gliniane tynki i ciepłe płytki cotto, przywiezione przez Anetę z Berlina. Nad drzwiami trzeszczy drewniane nadproże, może z jakimś skrytożercą....

Meble to prawdziwe skarby. Kupowane u handlarzy czasem na złomowcu. Z pietyzmem odczyszczone błyszczą i cieszą. Każde z mosiężnych łóżek ma z pewnością swoją ciekawą historię...

W toalecie stara umywalka, z lat może czterdziestych zyskała nowy szlif na tle ceglanej ściany. Okienny parapet wykonano z kawałków znalezionego marmuru.

W kuchni cieszy oko przepiękna emaliowana Westfalka – kto dzisiaj pamięta, że kilka dziesięcioleci wstecz gotowano na takich codziennie.

Jedynym kosztownym zakupem do kuchni był stalowy blat ze zlewozmywakiem i kilka niezbędnych sprzętów. Glina, drewno, polny kamień – „szczerość” materiałowa. Budowanie z tego, co daje natura, to wartość bezcenna.

Z komina unosi się dym, znak, że gospodarze w domu. Latem ogień przenosi się na zewnątrz. To czas ryb z rusztu, a także zaskakującej lemoniady z pietruszką. Nic dziwnego, że zjeżdżają się tutaj goście nie tylko z Polski. Kto był tutaj raz wraca chętnie.

Greta Grabowska

Mosiężne łóżko pod "Bozią" to idealne miejsce na popołudniową drzemkę lub ulubioną książkę. Stąd widać wszystko co dzieje się w domu

Elewacja z elementami szachulca i malowniczymi okiennicami

Skromne wnętrze - gliniane tynki, "odzyskane" meble i biała serweta w bławatki na stole

Toaleta z piękną starą umywalką jakich nie spotyka się już teraz zbyt często

Prestiż magazyn koszaliński
6(18) Czerwiec'10