Powrót do krainy dzieciństwa
Dziś podróż do Wenezueli nie stanowi wyzwania, ani dla biernych turystów, którzy chcą zostać zawiezieni przez biuro podróży w słynne miejsca, ani dla backpackersów, którzy sami sobie organizują podróż, a nie cierpią na nadmiar gotówki. Dla jednych i drugich Wenezuela to kraj wielu atrakcji, nie tylko w dobrym tego słowa znaczeniu
Najwięcej turystów trafia na Margaritę – wyspę u wybrzeży Wenezueli, która kusi pięknymi plażami i ciepłą wodą Morza Karaibskiego. Koszaliński przedsiębiorca Romuald Sobieralski i jego kompani wybrali jednak dzikie piękno dżungli nad Orinoko i wodospadu Salto Angel. A wszystko zaczęło się od rozmów przyjaciół z dzieciństwa, którzy chcieli przeżyć egzotyczną przygodę. Padło na Wenezuelę. Czemu? Bo już same nazwy: Maracaibo, Orinoko czy tepui zapładniają wyobraźnię nawet niezbyt wytrawnego podróżnika.
Z Caracas do Meridy
Postanowili pojechać w piątkę, własną oryginalną trasą z plecakami na grzbiecie.
Najpierw lot do Caracas i pierwsze zetknięcie się z wenezuelską rzeczywistością. Po zmroku ciemne zaułki, jednej z najniebezpieczniejszych stolic Ameryki Łacińskiej, nie zachęcają do szukania noclegu, więc od razu wsiedli w autobus i wyjechali w kierunku Coro – miasta położonego na zachód od Caracas. Wenezuelska prowincja uświadomiła im, że są w bardzo biednym kraju „trzeciego świata”: budynki z „byle czego” (przeważa blacha i surowe drewno), drogi pełne dziur, a budka telefoniczna to uliczny stolik z kilkoma krzesłami i aparatem telefonicznym. Przyzwoitsze domy mają kraty w oknach, a drzwi solidne zamki. Nic dziwnego kiedy ta wersja komunizmu, którą przerabia Hugo Chevez, to skrzyżowanie typowych dla komunizmu absurdów z bandytyzmem, niemocą i beznadzieją prostych ludzi. Ale jednocześnie w pierwszych dniach dostają mnóstwo przyjaznych sygnałów od miejscowych, którzy ostrzegają przed niebezpieczeństwami, uśmiechają się i po cichu służą pomocą.
Na początek trasa wiedzie wzdłuż Morza Karaibskiego, przez Maracaibo do najwyższego pasma górskiego Wenezueli i Meridy, gdzie zbudowano najwyżej w świecie położoną kolej linową. Wjeżdżając nią na wysokość 4765 m mieli szczęście, że nic się nie stało, bo dziś ta największa atrakcja wenezuelskich Andów ze względu na swój stan techniczny jest definitywnie zamknięta. Tam również jedyny raz w Wenezueli było im zimno – wysokość i ostry, górski klimat robią swoje.
Nad Orinoko
Z wysokich gór przez San Fernando de Apure docierają nad Orinoko. Pierwszy raz oglądają rzekę w Puerto Ayacucho, w niczym nie przypomina wyobrażeń, jakie mieli po lekturze książek Arkadego Fidlera. Jest mętna i brudna, pełno nad nią pordzewiałych łodzi. Zdecydowanie bardziej podoba im się w Ciudad de Bolivar - typowym kolonialnym miasteczku, gdzie zarys dawnej architektury wynagradza wyłaniającą się zewsząd biedę. Po odwiedzeniu kilku większych miast wiedzą już, że w każdym mieście musi być okazały pomnik Bolivara – bohatera narodowego i rewolucjonisty, największy plac i najważniejsza ulica w każdym mieście nosi imię Bolivara (podobnie jak najwyższy szczyt Wenezueli i miejscowe pieniądze), a jedynymi w miarę zadbanymi budynkami są katedry.
Awionetką nad wodospady
Z Ciudad de Bolivar wyruszają, tym razem awionetką, w kierunku Parku Narodowego Canaima. Pod nimi rozpościera się prawdziwa dżungla amazońska, poprzecinana licznymi rzeczkami i rozlewiskami. Zatrzymują się w Pargue i tu mogą się poczuć jak prawdziwi eksplorerzy: śpią w hamakach, w prowizorycznym obozowisku, a do snu kołyszą ich odgłosy dżungli. Pływają po strumieniach i rzeczkach w łódkach, które mają silnik, ale są chybotliwe i sternik dokonuje cudów, by przemknąć w nich bezpiecznie po płyciznach. Oglądają liczne w tym rejonie wodospady, w tym Salto El Sapo, który nie tylko można podziwiać w panoramie, ale także przejść skalną półką za ścianą wody. Huk i wrażenia niesamowite! Ale celem w tej okolicy jest Salto Angel, najwyższy (978 m) wodospad z najdłuższym swobodnym spadkiem wody (807 m) na świecie. Jako, że podchodzą do wodospadu w porze suchej jego strumień nie jest tak obfity i na dole, przy tafli wody, stanowi już tylko mgiełkę. Wędrując i płynąc z powrotem do obozowiska, podziwiają jeszcze niecodzienny krajobraz z jedynymi na kuli ziemskiej górami bez szczytów czyli tepui, których skalne ścianysięgają nawet do 1000m ponad otaczającą równinę.
Życie w delcie
Ujście rzeki Orinoko, jest wciąż dziewiczym terenem, po którym można się poruszać głównie łodzią, bo drogi zbudowano jedynie wokół stolicy prowincji -Tucupity. Ten ogromny obszar (tylko od strony Atlantyku delta ma 370 km.), zamieszkały przez Indian Warao jest magnesem dla podróżników, chcących zobaczyć wioski na wodzie. Romuald Sobieralski wspomina go jako miejsce niezwykłych kontrastów: z jednej strony bujna przyroda, niezwykłe kolory kwiatów, z drugiej ubóstwo domów na palach i ludzie żyjący z tego co da rzeka. Jedynym solidnym budynkiem w okolicy jest zwykle szkoła, którą ufundował rząd.
- Nie mogłem wyjść z podziwu dla ich orientacji w plątaninie kanałów, kanalików i dopływów, poza wodnymi traktami, wokół była tylko ściana zieleni, a oni bezbłędnie trafiali do wyznaczonego celu – opowiada Sobieralski.
Cóż, nie bez powodu Wareo oznacza „lud łodzi”. Kiedy pytam o najsilniejsze doznania z tej wyprawy, mówi o nieznośnym upale, trudnym do wytrzymania bez klimatyzacji i ciągłym braku poczucia bezpieczeństwa. Wśród spotkanych w Wenezueli białych turystów byli jedynymi z nielicznych, którym nie ukradziono niczego ze skromnego wyposażenia „plecakowców”.
Jagoda Koprowska
Romuald Sobieralski na trekkingu w dżungli
Budka telefoniczna w Wenezueli
