Od zlotu do muzeum - historia pewnego pasjonata

AUTOR: prestiz
Od zlotu do muzeum

Jak wiadomo ludzie mają najróżniejsze pasje. Jedni doznają romantycznych uniesień kiedy słuchają muzyki Verdiego przy pełni księżyca, a inni kochają pracę czterosuwowego silnika. Marian Laskowski, mieszkaniec Darłowa, od wielu lat organizator Międzynarodowego Zlotu Historycznych Pojazdów Wojskowych jest zdecydowanie w tej drugiej grupie.

Wszystko zaczęło się od wyjazdów z ojcem na motocyklu czterosuwowym nad jezioro do Dąbek żeby łowić ryby. Panowie obaj są marynarzami po szkole morskiej. Zresztą dotyczy to sporej części jego rodziny, która od pokoleń związana jest z morzem. Jeden z dziadków spędził na wodzie 63 lata. Drugi był dyrektorem szkoły morskiej w Darłowie. Ale przecież ten tekst ma być o jak najbardziej lądowej pasji pana Mariana, czyli o pojazdach militarnych, więc schodzimy na ziemię.

Zaczęło się od motocykli

Zanim wokół domu naszego bohatera a z czasem wokół firmy, pojawił się pokaźny park maszynowy, była miłość do motocykli. Jedynym dostępnym na początku lat 70-tych czterosuwem był Junak, więc Laskowski stał się jego właścicielem. Ponieważ nie były to maszyny niezawodne, miał ich w sumie kilka. Kiedy wszedł w ten świat okazało się że motocykli na rynku jest dużo i w pewnym momencie stał się posiadaczem prawdziwej kolekcji maszyn z różnych lat, także przedwojennych.

- Ja dużo wtedy pływałem i zdarzało się że zabierałem na pokład części motocykli, żeby je polerować – wspomina pan Marian. – Na wodzie najbardziej brakowało mi dźwięku czterosuwa, wiec nagrywałem go na magnetofon Grunding i odtwarzałem w czasie rejsu – śmieje się Laskowski.

Po jakimś czasie na skutek perswazji żony sprzedał swoją pierwszą kolekcję i zostawił sobie tylko dwa motory. I wtedy zaczął się interesować samochodami. Pierwszym był Willis Jeep, słynny amerykański pojazd z czasów II wojny światowej.

Następny był Dodge a potem już jakoś samo poszło. Pojawiły się ciężarówki (ma ich w tej chwili 20), czołg , kilkanaście dział. Jako jedyny w Polsce miał w swoich zbiorach samochód Vis 101, rosyjską kopię amerykańskiego Packarda. To były samochody rządowe, identycznym jeździł Stalin, tylko jego wersja była opancerzona. Wśród ciężarówek wyróżnia się amerykańska GMC z 1943 roku, która służyła do przewożenia żołnierzy, ale także mogła służyć jako wywrotka.

Z czasem w zbiorach Laskowskiego zaczęły przeważać pojazdy wojskowe, głównie dlatego, że były dużo bardziej dostępne i co nie bez znaczenia, tańsze od wiekowych wozów cywilnych. Choć na pewno nie tanie jeśli chodzi o eksploatację – taki np. czołg T 55 Merida, wycofany z armii na przełomie wieków, jest urządzeniem niezwykle paliwożernym. Ale prawdziwi pasjonaci, do jakich niewątpliwie pan Marian należy, nie przejmują się takimi szczegółami.

Pomysł na zloty

W naszym regionie jako pierwsi zorganizowali się „harleyowcy”, którzy pod kierunkiem Irka Bieńka spotykali się w Polanowie. Laskowski pomagał przy organizacji tych pierwszych zlotów. Z czasem wraz ze znajomymi kolekcjonerami, po odwiedzinach militarnych spotkań za granicą, stwierdził, że można takie spotkania zrobić u siebie. Pierwsze dwa odbyły się w Pożdżenicach pod Łodzią i były to spotkania raczej kameralne, przyjechało dwadzieścia kilka pojazdów. Pan Marian pojechał tam rosyjską amfibią na kołach na podbudowie Ziła 157. Trzyosiowy pojazd miał długość ponad 9 metrów i podróz na trasie ponad 500 km nie obyła się bez przygód.

- Jechaliśmy w kilka maszyn i już po kilku kilometrach silnik zaczął szwankować, wysiadło także światło, a jechaliśmy nocą – opowiada Laskowski. – Jak już dojechałem prawie na miejsce, miałem problem z kierowcami na skrzyżowaniu, na które wjechałem już na źółtym świetle, a na wyhamowanie takiej maszyny potrzeba trochę czasu. Na szczęście spotkałem się ze zrozumieniem – śmieje się pan Marian.

Na drugim zlocie doszło do pierwszego w Polsce ślubu, do którego parę młodą Laskowski zawiózł znanym z serialu „Czterej pancerni i pies” czołgiem T34. Po uzgodnieniach z proboszczem pojechali do małego wiejskiego kościoła, przyszli małżonkowie usadzeni zostali za wieżą czołgu w gniazdku ze słomy, a żeby nie zniszczyć asfaltu na jezdni położone zostały deski. Po uroczystości deski z odciskiem gąsienicy zostały pocięte na małe kawałki i goście weselni wzięli je sobie na pamiątkę.

Miłośnicy militariów w Darłowie

Te wszystkie doświadczenia doprowadziły w 1999 roku do zorganizowania pierwszego spotkania na tzw. „patelni“ w Darłowie. w owym czasie Laskowski był radnym i członkiem zarządu miasta. Postanowił nie być radnym bezradnym i doprowadził do pierwszego, niedużego zjazdu kolekcjonerów i miłośników historii wojskowości. W tym roku odbył się już XII. Przez te lata zdarzyło się wiele wspaniałych rzeczy, zaczęło przyjeżdżać coraz więcej gości z zagranicy, odbywają się koncerty, prezentacje grup rekonstrukcji historycznych, działa wielki bazar militarny i są oczywiście największe atrakcje dla turystów czyli przejażdzki pojazdami wojskowymi po wertepach i loty smigłowcami. Impreza poważnie się rozrosła i w tym roku trwała aż tydzień.

Kiedyś były plany, żeby zlot przenieść w inne miejsce, ale okazało się, że atrakcyjność „patelni“ gdzie jest morze, gdzie są górki i błoto, jest nie do przecenienia. I do tego, jak podkreśla pan Marian mieszkający w okolicy ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni do zlotu.

Nie militaria a historia

Ponieważ militaria nie zawsze dobrze się kojarzą, Laskowski woli organizaowaną przez siebie imprezę nazywać Międzynarodowym Zlotem Historycznych Pojazdów Wojskowych. Sensem tych spotkań jest rozbudzanie pasji kolekcjonerskich, młodzież jest zarażana szacunkiem do historii i do munduru. Pojawia się też coraz więcej grup rekonstrukcji historycznych, które prezentują konkretne epoki historyczne bądź nawet oddziały z czasów pierwszej bądź drugiej wojny światowej. Część z nich podchodzi do swojej pasji bardzo profesjonalnie co widać np. w dbałościach o szczegóły umundurowania czy uzbrojenia. Są wierni Darłowu i duża część z nich pojawia się tu co roku. Jako, że zlot jest międzynarodowynie brakuje gości z Niemiec (największa grupa), Z Holandii i Belgii. Rok temu pierwszy raz pojawili się Hiszpanie.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę. Otóż dzięki takim zlotom nowego impulsu dostały polskie muzea. Np. Muzeum Oręża Polskiego z Kołobrzegu zaczęło odrestaurowywać swoje pojazdy, pojawiać się z nimi na różnego rodzaju inscenizacjach. Krótko mówiąc muzealne zasoby dostały drugie życie.

- Warto popatrzeć na to w taki sposób, że my kolekcjonerzy robimy dużo dla tych historycznych rekwizytów – mówi Laskowski. – Jesteśmy ich właścicielami przejściowo, te pojazdy są w ciągłym ruchu i zmieniają właścicieli. Ale też wokół naszej imprezy rozwija się biznes. Jest taka firma, która skupowała wozy od Agencji Mienia Wojskowego i cięła je na złom, bo taka była koniunktura. Po dwukrotnym pobycie tu na zlocie zaczęli te pojazdy sprzedawać kolekcjonerom, a teraz nawet działają za granicą – dodaje pan Marian. - Oprócz tego są firmy, które szyją mundury – polskie, niemieckie, rosyjskie i mają całkiem pokaźną grupę klientów, także między innym dzięki naszemu zlotowi. No i w końcu zarabiają też grupy historyczne, które są wynajmowane do coraz większej liczby imprez rekonstruujących naszą historię.

A sam Marian Laskowski jest coraz bliższy zrealizowania swojego odwiecznego marzenia, jakim jest stworzenie muzeum historycznych pojazdów wojskowych. Właśnie przygotowuje teren pod budowę hali w Malechowie, niedaleko swojej firmy i jak zapowiada eksponaty z jego zbiorów cały czas będą żyły i jeździły w różne miejsca. Ma też nadzieję na wyremontowanie części swoich zbiorów, ale także na wymienienie części z nich na egzemplarze będące w lepszym stanie. Bo z takiej pasji wyleczyć się nie da. Zresztą po co leczyć coś, co daje także innym sporo radości.

Kuba Grabski

Jak trzeba to pan Marian jest kierowcą

Bohater z autorem

Prestiż magazyn koszaliński
7(19) Lipiec'10