Gruzińska czacza
Do Gruzji pewnie wyjeżdżałoby więcej osób, gdyby nie obawa o możliwość wybuchu kolejnej wojny z Rosją. Artur Paczesny, aktor koszalińskiego teatru spędził tam prawie trzy tygodnie i twierdzi, że nie spotkał dotąd tak gościnnych i pogodnych ludzi. Nie spotkał się też z agresją, pozostawionym na ulicy zamkniętym samochodem i taką ilością pięknych kobiet.
JPodstawowym powodem, dla którego wybrał się tam, był nieczynny wulkan Kazbek, wznoszący się 5047 m nad poziom morza w Wysokim Kaukazie, drugi co do wysokości szczyt w Gruzji. Swoje spotkanie z tym krajem zaczął zatem od wspinaczki, a nie od bratania się z gościnnymi tubylcami.
Monumentalna i piękna
Wszystko zaczęło się już jakiś czas temu, kiedy Artur odkrył w sobie zdobywcę gór. Co kilka lat, jak mówi, musi popatrzeć na wszystko z góry. Można powiedzieć, że jest kimś pomiędzy turystą nad Morskim Okiem, a profesjonalistami zdobywającymi Koronę Ziemi. Poprzednim, zaliczonym przez niego kilka lat temu szczytem był Mont Blanc (4810 m n.p.m. – przyp. red.).
– Kiedy zobaczyłem zdjęcie Kazbeku, wiedziałem że musze się tam wspiąć – opowiada Paczesny. – Powiesiłem sobie w pokoju zdjęcie tej góry i w końcu tego lata wylądowałem w Tbilisi. I żeby nie zacząć poznawania Gruzji od biesiad, już następnego dnia, z towarzyszącym mi kumplem Jagodą, wyruszyliśmy aby ją zdobyć. Jest naprawdę monumentalna. Kiedy dotarliśmy do Kazbegi, uroczego miasteczka położonego pod monastyrowym wzgórzem, góra była doskonale widoczna z każdego miejsca – wspomina.
Jak się później okazało, z powodu za małej ilości prowiantu i załamania pogody panowie nie dotarli na sam szczyt.
- Warunki podczas wspinaczki do lodowca były bardzo przyjemne, choć nie był to tylko rekreacyjny trekking – wspomina Paczesny. – Ten odcinek zajął nam trzy dni. Powyżej czterech tysięcy metrów jest już konieczność posiadania sprzętu czyli raków, czekana. Kazbek uchodzi za górę prostą technicznie, ale uważać należy właśnie na poziomie lodowca. Jest tam wielkie gruzowisko kamieni, które utrudnia podejście. Szczególnie niebezpieczne są też występujące tam szczeliny, czyhające podczas załamania pogody czy zmierzchu. Mieliśmy jednak ułatwione zadanie ponieważ podczas naszego pobytu w Gruzji było ponad 30 stopni i po lodowcu płynęła rzeka – śmieje się Artur.
Kazbek to największa atrakcja turystyczna rejonu Kazbegi, która ściąga turystów z całego świata. Nie ma tam nawet oznaczonych szlaków, wędruje się po śladach wydeptanych przez poprzedników.
– Dość zaskakujący wydaje się brak na Kaukazie górskiego pogotowia ratunkowego – opowiada Paczesny. – Ale być może dzięki temu ludzie są ostrożniejsi. O dziwo nawet bardzo nie żałowałem, że nie weszliśmy na sam szczyt. Gruzja tak mnie w sobie rozkochała, że na pewno tam wrócę i zdobędę moją gór. Ona tam stoi i na pewno mi nie ucieknie – uśmiecha się Artur.
Podróż intuicyjna
Jak na aktora przystało, Paczesny jest typem turysty improwizującego, nie chodzącego trasami z przewodników. Jest też otwarty na ludzi i przygody, które się z nimi wiążą. Kilkudniowe zmagania z górą, spowodowały że pozostały czas nasi wędrowcy przeznaczyli na poznawanie Gruzji od kuchni, poza oficjalnymi atrakcjami turystycznymi. Ponieważ na miejsce dotarli samolotem, z ciekawością korzystali z lokalnych środków transportu. Jeździli taksówkami (ok. 200 złotych za dwa dni – przyp. red.) albo tzw. marszrutką, czyli tanimi busami, które są napychane pasażerami tak, że trudno w środku oddychać. Kierowcy jeżdżą trochę tak jak polscy Górale, szybko i bez oglądania się na pasażerów.
– Kiedy jechaliśmy takim busem do Tblisi nieźle poobijaliśmy sobie głowy o metalowy dach. Przy kierowcy zaczęły wymiotować jakieś dzieci, a ten nie zrażony niczym pędził jak szalony do celu – wspomina.
Początek wyprawy to Kaukaz Wysoki na północy kraju. Potem panowie pojechali na wschód, tuż przy Azerbejdżańskiej granicy. Stamtąd wybrali się do Batumi nad Morzem Czarnym, po drodze zahaczając o skalne miasto Wardżi, na południu kraju w Małym Kaukazie.
– To największa atrakcja turystyczna regionu Mescheti – mówi Paczesny. – Można tam spacerować po ponad 250 komnatach, a na kilkunastu poziomach są fragmenty tuneli, czy schodów. Przez lata był to jeden z głównych ośrodków kulturalno-religijnych monarchii gruzińskiej. W tych wydrążonych ludzką ręką jaskiniach mogło się pomieścić od 30 do 60 tysięcy ludzi – dodaje.
Z niezwykłych miejsc, które odwiedzili, Paczesny poleca jeszcze jeszcze Lagodeski Park Narodowy, tuż przy granicy z Azerbejdżanem. Zachwyca on rozległymi panoramami oraz pięknem wodospadów i jezior wysokogórskich.
Smaki Gruzji
Kilka dni po zejściu z gór, dotarli do niepozornej wioski w regionie Kachetii. Na pierwszy rzut oka nic interesującego. Kiedy się tam pojawili i zaczęli rozmawiać (najłatwiej po rosyjsku), okazało się, że ludzie są fantastyczni, gościnni i co nie bez znaczenia, bardzo szanujący Polskę i Polaków. Zamieszkali w domu Alieka, gospodarza, który część swego domu oddaje turystom.
– Płacąc jakieś grosze za nocleg, mieliśmy trzy razy dziennie stół zastawiony pysznym jedzeniem – rozmarza się Artur. – Chaczapuri, to takie trochę grubsze naleśniki z serem twarogowym, jedliśmy też bakłażany z orzechami albo fundiur czyli rodzaj węgierskiego lecza. Gruzini jedzą bardzo mało mięsa, w menu dominują warzywa. Może dlatego długo żyją i fantastycznie wyglądają, szczególnie kobiety – uśmiecha się porozumiewawczo Paczesny.
Ludzie robią tam wszystko sami, sery, chleb, wino, czaczę. I nieustanne biesiadują. W każdym miejscu gdzie pojawiali się nasi podróżnicy, byli świetnym pretekstem do spotkania przy jadle i piciu.
– Jadąc do Gruzji byłem pewien, że tam litrami spija się wina – mówi Artur. – Faktycznie jest go tam dużo, ponieważ sami je robią. Ale tak naprawdę podstawowym trunkiem w Gruzji jest czacza. To bimber robiony z wyciśniętych winogron, nieco mocniejszy od polskiej wódki. Ale nikt tam nie śpiewa „czy lubi pani czaczę, czy czaczę pani zna” bo to oczywiste, że wszyscy ją tam znają – śmieje się Paczesny.
Wszyscy wiemy co oznacza polska gościnność. Ale zdaniem Artura i jego współtowarzysza podróży, trudno sobie wyobrazić większą od gruzińskiej. W Kachetii mogliby być gośćmi przez wiele, wiele dni. To oznacza darmowy wikt i opierunek. Spotkali się tą serdecznością już chwilę po opuszczeniu lotniska, kiedy szukali transportu. Dogadali się z taksówkarzem, że za 60 dolarów zawiezie ich do Kazbegi (160 km). Tuż po wyruszeniu w trasę, zatrzymał się przy budce z piwem, kupił Arturowi i Jagodzie po butelce, potem pojechał po swojego kumpla i razem ruszyli w drogę Gruzińską Drogą Wojenną do celu. Mniej więcej co 50 km zatrzymywał się i kupował za własne pieniądze jakiś koniak, stawiał na dachu auta szklanki i wznosił toast za przygodę.
Skalne miasto Wardżi
Artur pokazuje Kazbek
Wioska adżarskich muzułmanów
Klasztor Świętej Trójcy 2200 m n.p.m.
