Raggafaya trafia pod strzechy

AUTOR: Kuba Grabski

Ich dewizą jest - grać wszędzie. W tym sześcioosobowym składzie robią to od prawie sześciu lat i zagrali naprawdę dużo koncertów, niemal w całej Polsce. Tej jesieni zawojowali także widzów Polsatu, gdzie dotarli do finału programu „Must be the music. Tylko muzyka”. Nic to nie zmieniło w ich życiu, dalej będą grać wszędzie tam, gdzie będą widzowie. Tyle że teraz, na pewno będzie ich dużo więcej.

Jeśli jeszcze nie widziałeś ich na koncercie drogi Czytelniku (telewizja to nie to samo), to może skusi Cię kilka wypowiedzi, które można znaleźć na ich temat w internecie.

„Jesteście niesamowici. Na imprezę w Ełku zaciągnęła mnie znajoma, nawet nie wiedziałam kim jesteście, ale tak za... go ADHD to dawno nie widziałam. Zarażacie publikę swoim powerem i pozytywną energią”, „To ja byłem najgorętszym fanem reggae w Chojnie:P skakałem z miejsca na miejsce tak wczułem się w tą pozytywną energię:) Bless!”, „miistrze! ;D na koncercie MEGA pozytywna energia! SGM wymięka przy WAS! Dla takich zespołów warto chodzić na koncerty!”.

Bo dla chłopaków z Raggafay’i najważniejszy jest żywy kontakt z widzami, to dla nich tworzą kawałki i przemierzają swoim busem kilometry po polskich drogach.

Granie ponad wszystko

Przez zespół przewinęło się w sumie 12 osób, a ci którzy go tworzą dzisiaj, postanowili że ich życiem będzie granie. Wszyscy postawili na jedną kartę – tworzyć, grać i utrzymywać się z tego. I trzeba przyznać, panowie są konsekwetni. I są do tego dość dużymi osobowościami. Kiedyś w zespole byli beatboxerzy i DJ-e, dzisiaj już ich nie ma. Zostali Ci, dla których muzyka jest najwazniejsza. Raggafaya to sześciu młodych muzyków. Co wnoszą do zespołu?

- Dominik, (klawiszowiec i wokalista) wnosi twardą rękę, niezłe klawisze i dobre piosenki

- mówi Mikołaj, perkusista. - Michał, gitarzysta wnosi przyczajkę i spowolnienie ruchów na stacji benzynowej, ale i świetne riffy gitarowe. Gra też fajne solówki. Maciej, basista rytmizuje nie tylko koncerty, ale także przeprawy busem na kolejny koncert. Robi to organicznie. Często jako perkusista, staję z nim do zawodów. No, a wokaliści, czyli Enzym i Chill, wiadomo co wnoszą. Coś czego nie rozumiem – śmieje się Punktak. - Dzięki Natanielowi uczymy się więcej wytrzymać w dziwnym systemie tego świata.

- To że cały czas jesteśmy razem jest wynikiem całej masy poświęceń – mówi Enzym.

- Nie chodzi tylko o to, że nie możemy pracować tak, jakby życzyli sobie tego nasi pracodawcy, bo gramy dużo poza Koszalinem. To także to, że nasi rodzice widzieliby dla nas całkiem inne zajęcie. Mama Macieja chciałaby żeby był anglistą, a ja kimś normalnym kto skończył szkołę i ma super pracę – śmieje się wokalista.

Awantura na wizji

Czasy są takie, że kogo nie ma w internecie, ten nie istnieje. Ale mimo tego, że czasy są technologicznie zaawansowane, stary wynalazek jakim jest telewizja, też walczy o odbiorców i bywalców. Więc w telewizji też warto się pokazać. Panowie z Raggafaya postanowili wystartować w jednym z talent show i padło na program Polsatu, bo tam największe szanse, w przeciwieństwie do innych stacji, mają zespoły.

Muzycy mają nadzieje, że po ich występach w „Must be the music” nie zostanie tylko jedna, dziwna historia, ujawniona przez prowadzącego program Maćka Rocka. Była to informacja o imprezie jaka odbyła się w pokoju Raggafaya bardzo hucznej i z elementami destrukcji.

- Nie wiemy czemu ta informacja została podana na wizji – zastanawia się Mikołaj. - Impreza rzeczywiście była, z dużą ilością fantastycznych gości, uczestników programu, ale żaden z nas ani nie był specjalnie zabawowy, ani tym bardziej skłonny do demolki. Faktycznie jeden z gości próbował się do nas dostać po piorunochronie. Ale zdecydowanie nie była to najbardziej huczna impreza związana z programem – dodaje perkusista.

Wielki telewizyjny finał

Udział w programie to jednak przede wszystkim muzyka grana na żywo.

- Oczywiście dla nas największe znaczenie mają widzowie – zepewnia Maciej. – Bo to dzięki nim możemy grać koncerty i mieć motywacje do pisania fajnych piosenek. Ta którą zagraliśmy w czasie castingu, wybraliśmy dla ludzi właśnie. Z łatwo wpadającym w ucho referenem „Cała sala machajcie rękami, to reggae, raga, dance hall i jamming”. No i pani juror, Kora stwierdziła, że jesteśmy jakimś muppet show i że ona tego nie kupuje.

Oczywiście byliśmy ciekawi opinii jurorów, w tym naszego ziomala, Adama Sztaby, ale tak naprawdę będziemy grać niezależnie od tych opinii. Bo to wcale nie był typowy utwór  Raggafaya, byłoby niezwykle trudno jedną piosenka pokazać jacy jesteśmy. I dlatego zapraszamy na nasze koncerty. A co naszego występu w telewizji, to jak już wiadomo, zdanie Kory wcale nam nie zaszkodziło – śmieje się Maciej.

Swoją obecność w progamie Polsatu panowie kwitują: ciężka praca, profesjonalizm ekipy aż do bólu, piekne dziewczyny. I bardzo wielu koszalinian, oprócz jurora Adama Sztaby, w managemencie Polsatu pracuje Marcin Perzyna i sporo bezimiennych ludzi, którzy chętnie przyznawali się Raggafaya do swojego pochodzenia.

Własny charakter pisma

Zespół jest jak puzzel skladający się z wielu barwnych elementów i wymyka się łatwym definicjom. Chłopcy pytani, gdzie powinna leżeć w sklepie muzycznym płyta z ich muzyką, w jakim stylu muzycznym, odpowiadają że pod literą R jak Raggafaya. Mają zresztą już na koncie debiutancki krążek „Karrambol”, wydany jak mówią „po taniości” przez małą, niezależną wytwórnię. Duży label nie wchodzi w rachubę.

- Myślę że najbardziej wyróżniają nas wokale – mówi Enzym. – Są dość bliskie hip hopu, choć na pewno bardziej melodyjne. Shaggy, gitarzysta jest tu żeby nam dodawac pazurów mocnymi rockowymi riffami, no i naprawdę specyficzne są klawisze Dominika, które brzmią jak z bajek, albo starych winylowych pocztówek. Każdy z nas słucha czego innego, jeden jazzu, a inny disco polo – śmieje się Enzym. - Stawiamy przy tym na minimalizm – dodaje Maciej. - Każdy z nas mógłby zagrać szybciej i gęściej, ale dla dobra zespołu staramy się  grać dokładnie tyle ile potrzeba, choć to nie łatwe i czasem brak nam pokory.

Jeśli chodzi o przekaz, to utwory na pierwszej płycie były czysta energią i zabawą, teraz Enzym i Chill piszą teksty nieco bardziej refleksyjne, a ich głównym sensem jest to, żeby pozostać sobą i nie ulegać za bardzo wpływom. Także muzycznym.

Prestiż magazyn koszaliński
11(32) Listopad'11