Rytmy muzycznego archipelagu
Gdyby zapytać kogoś jaką atrakcję można znaleźć 620 km na zachód od Mauretanii, być może wiedziałoby niewiele osób. Zapewne więcej odpowiedzi przyniosłoby pytanie: skąd pochodziła zmarła niedawno pieśniarka Cesaria Evora. W obu przypadkach chodzi o Wyspy Zielonego Przylądka, archipelag 15 wysp położony w środkowej części Oceanu Atlantyckiego. Urocze 10 dni udało się tam spędzić koszalińskiemu muzykowi Witkowi Poprawskiemu.
Ponieważ Polska leży tam gdzie leży, najpiękniejsze i najbardziej egzotyczne zakątki naszego globu, są bardzo od nas odległe. Co oznacza duże koszty takiej podróży. Jednak ludzie wolnych zawodów mają dużo większe szanse na skorzystanie z oferty „last minute’, która bywa czasem tańsza o kilkadziesiąt procent od normalnej. Z takiej właśnie okazji skorzystał Poprawski i w ten sposób zrealizował swoje marzenie, aby dotrzeć tam gdzie muzyka być może jest najważniejsza.
Biedny raj
Kiedy dowiedział się że wyjeżdża, o Cabo Verde wiedział, że tubylcy cały czas tam śpiewają. W czasie pracy, zabawy czy w czasie wolnym, którego zresztą mają bardzo mało, bo niemal cały czas pracują, ponieważ są jednym z najbiedniejszych państw świata.
– Jednym z ważniejszych powodów mojej wyprawy na wyspy była chęć poznania tamtejszej muzyki niejako od kuchni – opowiada Witek. – Przed wyjazdem znałem oczywiście muzykę najsłynniejszej Kabowerdanki czyli Cesariii Evory. Jej wyspa leży cztery od tej na której mieszkałem i miałem nadzieję na spotkanie z nią, ale akurat w tym czasie koncertowała gdzieś w Europie. Na miejscu okazało się, że mimo tej biedy, ludzie są tam niezwykle pogodni i muzykalni zarazem. Być może dlatego że Wyspy Zielonego Przylądka reklamuje się jako jeden z ostatnich rajów na Ziemi – śmieje się Poprawski.
Polacy, których późna jesień na ogół nie rozpieszcza, bardzo chętnie wyruszają w tym czasie do ciepłych krajów. Również pan Witek od kilku lat świętuje Dzień Niepodległości poza Polską. Listopad w na wyspach oznacza temperaturę powyżej 30 stopni w dzień, i ok 20 – 24 stopni w nocy, ok 24 stopni ma również woda w oceanie, co oznacza, że nie czuje się wchodzenia do niej.
– Mogę powiedzieć, że to klimat iście rajski – śmieje się Poprawski. – Czułem się tam znacznie lepiej niż podczas upalnych dni nad Bałtykiem.
Te wspaniałe dni spędził na Wyspie Sal, jednej z Wysp Zawietrznych, położonych na północy archipelagu. Jest tam średnio 350 dni słonecznych w roku.
Nieznana, światowa muzyka
Z muzyką podróżnicy stykają się nieomal od pierwszej minuty. Miejsce zakwaterowania od rana serwuje lokalną muzykę mechaniczną, ale już od późnego popołudnia swoje muzykowanie rozpoczyna żywy zespół. Poprawski miał nadzieję, że uda się coś wspólnie zagrać, ale zanim to nastąpiło, zrobił wywiad wśród pracowników hotelu i okazało się że barman jest basistą. Miał też swój zespół i powiedział, że za kilka dni będą tu muzykować.
Kiedy przed koncertem, już po rozstawieniu swoich instrumentów, zrobili sobie przerwę, do elektrycznego pianina zasiadł pan Witek.
– Zacząłem coś samemu grać i pierwszy podszedł gitarzysta, później sekcja rytmiczna i zaczęliśmy wspólne granie – wspomina Poprawski. – Rozmawialiśmy za pomocą nut, a nie słów. Pierwszy jakiś przebieg zagrał gitarzysta i zaczęliśmy się do niego dołączać. Trwało to kilkadziesiąt minut, a warto wiedzieć że ich utwory nie trwają krócej niż 20 minut. Nieważne czy mają dwa akordy czy więcej. Muzycy wpadają w rodzaj transu i zatracają się. Nie znałem takiej muzyki wcześniej, choć wyraźne były w niej dla mnie wpływy hiszpańskie i portugalskie. Było to dla mnie bardzo interesujące spotkanie dwóch kultur, a na dodatek, zgromadziło międzynarodową publiczność, która nasze starania nagrodziła brawami – uśmiecha się Witek.
Pewnie większa część muzyków, także i Poprawski był bardzo zainteresowany muzyką z Cabo Verde, ale nie tą oficjalną, dostępną w sklepach, tylko niszową, graną przez zwyczajnych artystów. Dogadał się w tej sprawie z jednym z tubylców i kiedy ten wymienił mu kilka lokalnych zespołów, okazało się że żaden z nich nie jest mu znany. Po powrocie do Polski obejrzał film z koncertem grup, który od niego dostał i zrozumiał jedną rzecz.
– Kabowerdeńczycy terytorialnie należą do Afryki – mówi Witek. – Ale kulturowo i mentalnie do Ameryki Południowej, dokładnie do Brazylii i Argentyny. A od kilku lat ich muzyka, głównie za sprawą Evory, naciera na Europę. I na tym filmie zobaczyłem też, że nasz europocentryzm ma słabe pokrycie w faktach. Bo w Brazylii na koncerty kompletnie nieznanych w Europie grup przychodzi nawet sto tysięcy ludzi! Co oznacza, że większość ludzi na Ziemi słucha rzeczy zupełnie nam nie znanych – dodaje Poprawski.
Piękni ludzie
Zdaniem Witka, Wyspy Zielonego Przylądka zamieszkują najpiękniejsi ciemnoskórzy ludzie na Ziemi. Są to Kreole czyli potomkowie osadników z Afryki i portugalskich kolonizatorów. Często można spotkać zaskakujący efekt mieszania się genów, np. murzyna z niebieskimi lub zielonymi oczami albo rudymi włosami. Kreole i kreolki mają piękne rysy twarzy i równie pięknie się poruszają. Widać to szczególnie w tańcu, w którym widać wpływy i Afryki i Ameryki Południowej.
I na dodatek jeszcze rytmicznie i melodyjnie śpiewają.
– Dla muzyka zatem można powiedzieć, że to raj na Ziemi – śmieje się Witek. – Dla ludzi tam mieszkających, mimo ich pogody ducha, na pewno nie. Właścicielami hoteli są głównie Portugalczycy, a tubylcy to tania siła robocza. Są na pewno zadowoleni, że mogą sobie zarobić tych dosłownie kilka groszy i przynieść do domu pięciolitrową butelkę pitnej wody. Z uwagi na to, że Wyspa Sal to sama sól, a Ocean również jest słony, to woda jest na wagę złota – kończy Poprawski.
Zjawisko raju jednak nie jest Kabowerdeńczykom obce, a to za sprawą ich katolicyzmu. Tę religię deklaruje blisko 90% mieszkańców Wysp.
– Od mieszkańców Wyspy Sal usłyszałem, że jak wiele lat temu odwiedził ich Jan Paweł II, to za pieniądze Watykanu wybudowano specjalne lotnisko – opowiada Witek. – Ale za to po jego odlocie przez dwa dni padało non stop. Co jest tam zjawiskiem niezwykle rzadkim. Tylko że dla nich było to błogosławieństwo, a już dla Polaka byłoby przekleństwem. Dla mnie rajem niewątpliwie było obcowanie z tymi wspaniałymi ludźmi. Także z powodu tamtejszego wszechobecnego, pędzonego niemal w każdej wiosce z trzciny cukrowej, grogu – śmieje się Poprawski.
Miasto Santa Maria
Taneczny zespół Kreoli
Witek i jego przewodnik Ferdynand
