Urodziny doktora Kosińskiego

Leszek Kosiński, ortopeda dziecięcy i lekarz rodzinny, na kościelnych organach gra regularnie, ale nie tak często, jak leczy ludzi. Swoje sześćdziesiąte urodziny postanowił uczcić przy ulubionym instrumencie.

Autor

Maja Ignasiak

Odzew innych organistów był natychmiastowy, a dołączył do nich trębacz Roman Gryń. Urodzinowi goście, zebrani w kościele pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego w Koszalinie, uraczeni zostali unikalną wiązanką muzyczną zakończoną tryumfalnym „Te Deum” Charpentiera.

Akademia, tylko która?

W rodzinie Kosińskich dominowali lekarze. Zawsze w domu było również pianino. Pięcioletni Leszek traktował je jak każdy inny domowy sprzęt, czyli – intensywnie używał, naśladując dorosłych. A ci szybko zauważyli, że chłopiec ma świetny słuch. Skierowanie go do szkoły muzycznej było dla rodziców rzeczą naturalną. Jeździł więc na lekcje fortepianu, a potem organów. Zazwyczaj się nie buntował. I tak w 16. roku życia zyskał tytuł najmłodszego organisty w Polsce. Ten fakt ogłosił specjalnym dekretem ówczesny prymas kardynał Stefan Wyszyński

– Przypadek. Ja po prostu na tej naszej dużej wsi byłem jedynym, który mógł zastąpić zmarłego nagle kościelnego organistę podczas uroczystości z udziałem Prymasa Tysiąclecia – wyjaśnia skromnie Leszek Kosiński. Gdy go pytali wtedy, gdzie widzi swoją przyszłość, odpowiadał lakonicznie, że na akademii. Nie był jeszcze pewien, na jakiej – muzycznej, czy medycznej. W maturalnej klasie już wiedział, że pójdzie w ślady ojca, lekarza. Nie chciał jednak tracić kontaktu z instrumentem, z zawodowymi muzykami. Z czasów studiów medycznych zachowała się jego przyjaźń i zwyczaj wspólnego grania z Romanem Gryniem.

Katedra i franciszkanie

Po osiedleniu się w Koszalinie poprzez księdza, który udzielał mu ślubu, Leszek Kosiński związał swą drugą pracę z tutejszą katedrą i Międzynarodowym Festiwalem Organowym. Do dziś łączy go serdeczna przyjaźń z ówczesnym dyrektorem festiwalu, Wacławem Kubickim, i obecnym, Bogdanem Narlochem, a katedralne organy są najbardziej przez niego cenionym instrumentem. Lubi też grać u ojców franciszkanów, gdzie obchodził muzycznie swe urodziny.

Szczególny sentyment Leszek Kosiński ma do kościoła w Wielinie koło Polanowa i tamtejszych organów, które razem z Bogdanem Narlochem nazywają swoim dzieckiem. Podnieśli je z gruzów do stanu umożliwiającego koncertowanie. Kościół wskazała i włączyła się w jego ratowanie dr Elżbieta Zinka, znana w Koszalinie lekarz kardiolog. Wsparli ją przedsiębiorcy melomani. – Okazało się, że na chórze leży szafa organowa i podeptane piszczałki – wspomina Leszek Kosiński. – Niektórych brakowało, więc je uzupełniliśmy.

Jako lekarz tzw. pierwszego kontaktu Leszek Kosiński pracuje w mieleńskim NZOZ. Jego pacjenci to głównie mieszkańcy Mielna i Sarbinowa. Nawet, gdyby tak nie było, korzystałby chętnie z organów w sarbinowskim kościele. – Jest to co prawda instrument skromniejszy, jednomanuałowy, ale bardzo dobry – uważa. Odkąd letni festiwal organowy wyszedł także poza mury katedry do kościołów całego Pomorza Środkowego, sarbinowska świątynia kilka razy w lipcu i sierpniu rozbrzmiewa dźwiękiem organów, na których grają wirtuozi z całego świata. I zawsze kościół jest pełen ludzi, nie tylko wczasowiczów.

Po niedzielnych mszach świętych w koszalińskich kościołach, gdy organista się „rozkręci” przy Bachu czy Haendlu, z dołu zrywają się spontaniczne oklaski. To hołd dla wykonawcy, choć ten, z racji umiejscowienia instrumentu, zazwyczaj pozostaje anonimowy.

Prestiż magazyn koszaliński
10( 42)
Grudzień'12