Marek – chłopiec, który miał marzenia

Marek Kamiński

Autor

prestiz

 

Zdobytymi tytułami mógłby obdzielić kilka osób, a wspomnieniami z wypraw wypełnić kilkanaście tomów. Człowiek z Pomorza, choć dziś już raczej obywatel świata, od wielu lat nie pozwala o sobie zapomnieć, bo wciąż pokonuje kolejne bariery. Jest żywym dowodem na to, że marzenia determinują nasze życiowe osiągnięcia i że wcale nie trzeba urodzić się w metropolii, by zawojować świat. Oto Marek Kamiński – Honorowy Obywatel Koszalina.

Jako pierwszy człowiek zdobył dwa bieguny w jednym roku bez pomocy z zewnątrz. Wiosną 1995 roku razem z Wojtkiem Moskalem wyruszył w 72-dniową podróż po bezkresach na biegun północny, a kilka miesięcy później już samotnie dotarł na południowy kraniec świata.

Spełnił swoje marzenie, jedno z wielu, i na dobre zapisał się na kartach historii jako podróżnik. Wszystko zaczęło się jednak dużo wcześniej...

Marek Kamiński urodził się 45 lat temu w Gdańsku, dzieciństwo spędził w Połczynie-Zdroju, a dorastał w Koszalinie. Już jako ośmiolatek odbył pierwszą samodzielną podróż z Gdańska do Łodzi. Ale na cel pierwszej prawdziwej wyprawy wybrał Danię. Miał wtedy 14 lat i płynął statkiem towarowym. Rok później dotarł do Maroka.

– Zawsze fascynował mnie świat, a wtedy wydawało mi się to naturalne, że mogę podróżować. Trzeba jednak przyznać, że nie było to łatwe, bo sam musiałem na swoje wyprawy zarobić, pracując w wakacje – wspomina Marek Kamiński. – To też jakoś ukształtowało mój charakter. Zetknięcie się z morzem, ze sztormem, z dala od rodziców, to była niezła szkoła dla młodego człowieka.

Pierwsze podróże i pierwsze osiągnięte cele zmobilizowały go tylko do stawiania sobie kolejnych. To chyba jednak naturalne u każdego podróżnika, że kiedy poznaje coś nowego, nabiera ochoty na więcej. Nie inaczej jest w przypadku Marka Kamińskiego.

Marynarz filozof

Czas spędzony w Koszalinie to okres liceum. Marek Kamiński był uczniem klasy matematyczno-fizycznej II Liceum im. Broniewskiego. Nauczycieli miał wymagających, ale właśnie za to do dziś ich szanuje i bardzo mile wspomina.

– Bardzo dobrze pamiętam moją wychowawczynię Eleonorę Szczutowską oraz moich nauczycieli matematyki, fizyki i biologii. Dzięki nim dużo się nauczyłem. Dało mi to dobre podstawy do dalszej nauki na studiach i było inspirujące, bo jeszcze przed pójściem do liceum chciałem zostać marynarzem. Dopiero w maturalnej klasie zdecydowałem się studiować filozofię.

Jak podkreśla podróżnik, duży wpływ na niego miało otoczenie i atmosfera panująca w szkole. To właśnie wtedy zainteresował się poezją Edwarda Stachury, Andrzeja Bursy czy Rafała Wojaczka. Edukacja w liceum przypadła na okres stanu wojennego, a Marek Kamiński był jednym z tych uczniów, którzy podczas matur nosili w klapach oporniki (np. od telewizora) jako symbol opozycji. Na swoim koncie ma też wykonanie napisu „Solidarność” na ścianie przy kościele w Połczynie-Zdroju.

– Do dziś, kiedy patrzę na tę ścianę, widzę ten napis, choć dawno go nie ma, bo został szybko zamalowany. Taki wtedy byłem. Uważałem i nadal uważam, że należy robić to, w co się wierzy.

Odważne decyzje nauczył się podejmować także dzięki nauce w „Bronku”.

– Pamiętam, że mimo iż panowała komuna, to w szkole mieliśmy sferę wolności. Nasz historyk pozwalał nam dyskutować o wszystkim, m.in. o Katyniu, „Solidarności”, o tym, co usłyszeliśmy w Radiu Wolna Europa. Mimo całego tego otaczającego aparatu zniewolenia moja szkoła była miejscem inspirującym.

Na szczęście oprócz spraw poważnych miał też czas na przyjemności i życie towarzyskie. Razem z przyjaciółmi spotykał się często poza szkołą. Do lokali się wtedy nie chodziło, raczej odwiedzało w domach albo grało w piłkę. Wolne od nauki chwile spędzali w parku, nad pobliskim jeziorem lub jeździli do Mielna. Z niektórymi osobami Marek Kamiński ma kontakt do dziś.

Po japońsku jako tako

Po skończeniu liceum Marek wyjechał na studia do Warszawy. Skończył filozofię i fizykę. Poza podróżami od zawsze lubił też czytać książki. Interesował go świat, a ponieważ rzeczywistość lepiej się odbiera, mogąc rozmawiać z ludźmi, chętnie uczył się języków obcych. Dziś komunikuje się w dziewięciu: polskim, angielskim, niemieckim, włoskim, francuskim, hiszpańskim, norweskim, rosyjskim i japońskim. Norweski poznał m.in. dzięki wielu przyjaciołom polarnikom – Norwegom. Ciekawe więzy łączą go natomiast z językiem japońskim. Do wyprawy z niepełnosprawnym Jaśkiem Melą na biegun południowy zainspirowała go książka japońskiej księżnej Hisako Takamado pt. „Wielka podróż Lulie”. Po udanej wyprawie otrzymali zaproszenie do księżnej, więc Marek Kamiński postanowił nauczyć się języka i dwa lata spotykał się z lektorem. Tak naprawdę jednak Japonia nęciła go od dzieciństwa.

– Jeszcze w szkole podstawowej zobaczyłem japoński film o inspektorze Kobra. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Myślałem wtedy o tym, że zamieszkam w Japonii i będę miał żonę Japonkę. Postanowiłem też trenować karate, bo podobały mi się komendy wydawane po japońsku. Pytałem nawet nauczyciela geografii, gdzie można nauczyć się tego języka. Skierował mnie na Uniwersytet Warszawski, skąd przyszedł pocztą mój pierwszy podręcznik do nauki japońskiego. Później to wszystko wróciło, kiedy byłem już dorosły – opowiada podróżnik poliglota.

Żyłka do wszystkiego

Marek Kamiński jest dziś rozpoznawany jako podróżnik, polarnik, autor książek i założyciel fundacji pomagającej m.in. niepełnosprawnym. Jednak mało kto wie, że to także sprawny przedsiębiorca. Przełomową chwilą było zdobycie tytułu Młodego Biznesmena Roku 1994 w polskiej edycji międzynarodowego konkursu World Young Business Achiever.

– To był bardzo ważny moment w moim życiu – przyznaje. – Do udziału w konkursie namówił mnie dr Wacław Idziak, który zajmował się pomocą małym i średnim przedsiębiorcom. To postać bardzo zasłużona dla Koszalina. Wiem, że dziś działa na rzecz środowisk wiejskich, tworzył wioski tematyczne, a wtedy m.in. dzięki niemu przeżyłem niesamowitą przygodę.

Nagroda w konkursie sprawiła, że pojechał do Londynu, gdzie spotkał się z księciem Filipem. Odwiedził też brytyjski parlament.

– To było docenienie wysiłków, które razem z zespołem włożyliśmy w założenie firmy, i motywacją do dalszego rozwoju. Bardzo ważne doświadczenie życiowe – podkreśla Marek Kamiński.

Przy okazji własnego biznesu znów pojawił się Koszalin. Kiedyś Gama-San, dziś Invena S.A., została założona właśnie w naszym mieście. Firma działa do dziś i jest jedną z nielicznych w branży sanitarnej, które rozwijają się wyłącznie w oparciu o własny kapitał.

Więcej Kamińskich

Choć jego najbardziej spektakularnym osiągnięciem było samotne zdobycie bieguna południowego, to jako człowiek nie jest typem samotnika. Nie tylko poprzez pracę w fundacji, ale coraz częściej także podczas kolejnych podróżniczych projektów Marek Kamiński okazuje się osobą towarzyską. Od kilku lat ma też własna rodzinę: żonę Katarzynę, córkę Polę i syna Kaya.

– Staram się, by teraz to właśnie rodzina była tą najważniejszą sferą rzeczywistości, tą najważniejszą wyprawą. Dlatego zależy mi, żeby jak najwięcej czasu poświęcać rodzinie, bez względu na wszystkie moje projekty, wyprawy, książki – wyznaje obieżyświat.

Rodzina nie jest jednak wielkim ograniczeniem dla pomysłów i aktywności Marka Kamińskiego. Okazuje się, że przy odrobinie inicjatywy można pogodzić życie prywatne z nieustającą przygodą i podróżami.

– Kiedy urodziła się Pola, od razu zacząłem się zastanawiać, co teraz moglibyśmy robić razem. Tak narodził się projekt „Baby on board” i wspólne wyprawy najpierw przez Polskę, a potem przez świat. Potem do grona dołączył czwarty uczestnik ekipy – syn Kay.

Obywatel podróżnik

Planując każdą kolejną podróż i przełamując każdą kolejną barierę, Marek Kamiński nigdy nie kalkulował, czy przyniesie mu to sławę i popularność. Może właśnie dlatego liczne tytuły, nagrody i wyróżnienia lgną do niego samoistnie.

– Każdy tytuł jest dla mnie ważny – przyznaje podróżnik i filantrop. – Uważam, że to niezwykłe, kiedy ludzie doceniają to, co robię i bardzo to szanuję. Z pewnością wiele dla mnie znaczy Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski Polonia Restituta, który otrzymałem z rąk Lecha Wałęsy po zdobyciu bieguna północnego. Jestem bardzo szczęśliwy, jednak nie z powodu tytułów, ale dlatego, że warto było żyć. Cieszę się, że to, co robiłem i robię, jest dla ludzi coś warte.

Jak się okazuje, już od początku działalność Marka Kamińskiego skupiała się nie tylko na wymiarze sportowym, ale przede wszystkim ludzkim.

– Najważniejsza jest pomoc innym. Dopiero wtedy życie jest całością, harmonią. Ciekawe jest to, że można pójść w tak absurdalne miejsce jak biegun południowy, a przy okazji pomóc tak wielu ludziom. W 1995 roku udało nam się ocalić oddział chemioterapii dziecięcej, potem udało się pomóc Jaśkowi Meli, a przez Jaśka także innym ludziom, którzy stracili nadzieję. To są dla mnie niezwykłe doświadczenia – wyznaje podróżnik.

Dla koszalinian znaczenie ma też z pewnością fakt, że Marek Kamiński jest od 1996 roku Honorowym Obywatelem Miasta. Dla samego obywatela Kamińskiego było zaskoczeniem dołączenie do tak szacownego grona.

– Nigdy nie przypuszczałem, chodząc do liceum w Koszalinie, że taka niesforna dusza jak moja, która nigdy nie chciała się podporządkować utartym drogom i regułom, dostanie taki „gładki tytuł” – śmieje się Marek. Za każdym razem kiedy jest w Koszalinie zastanawia się, czy jako honorowy obywatel może wsiąść do autobusu komunikacji miejskiej bez biletu. Jeszcze tego jednak nie sprawdził.

Mała ojczyzna Koszalin

– Bardzo lubię Koszalin, bo to takie spokojne miasto i fajni ludzie.

Ostatni raz Marek Kamiński był w Koszalinie rok temu. Według niego miasto jest coraz piękniejsze. Jednym z jego ulubionych miejsc jest niegdysiejsza Biblioteka Wojewódzka, dziś Miejska Biblioteka Publiczna.

– Bardzo lubiłem tam chodzić, bo była tam płytoteka i miejsce, gdzie można było posłuchać muzyki. Pamiętam, że można było wypożyczyć płyty Włodzimierza Wysockiego i pamiętam, że biblioteka była duża. Taka została w mojej świadomości.

Mimo że dziś Marek Kamiński mieszka na stałe w Sopocie, a w rzeczywistości jest w nieustannym ruchu, czuje się związany z Koszalinem. Tytuł Honorowego Obywatela Miasta związał i zobowiązał go jeszcze bardziej.

– Ludzie często myślą, że trzeba się urodzić w jakimś układzie, bogatej rodzinie albo ważnym miejscu. Sądzą, że aby coś osiągnąć, trzeba mieszkać w Warszawie albo w Krakowie, a ten mój tytuł jest właśnie zaprzeczeniem i dowodem na to, że można nawet z Koszalina czy Połczyna-Zdroju dojść na biegun czy przepłynąć Atlantyk. Bo najważniejsze są marzenia. Wszędzie można chcieć i móc zrobić wiele dobrych rzeczy.

Znając nieco bliżej Marka Kamińskiego, nabiera się przekonania, że jeszcze nieraz nas zaskoczy. Jak sam przyznaje, nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa. Na szczęście...

Tytuł artykułu pochodzi od tytułu ostatniej książki Marka Kamińskiego.

 

Prestiż magazyn koszaliński
8( 9)
Październik'09